ARTUR KASPEREK: CZUJĘ SIĘ SPORTOWO SPEŁNIONY2014-06-03
Obszerna rozmowa z Arturem Kasperkiem, kończącym karierę, jednym z najlepszych i najbardziej utytułowanych zawodników w historii nie tylko nowotarskiego, ale i polskiego unihokeja.

Nie sposób nie zapytać o powody rezygnacji. To decyzja będąca konsekwencja dłuższych przemyśleń, czy może bardziej spontaniczna reakcja?

-  Powodów mojej decyzji było kilka. Zaznaczyć chcę jednak na wstępnie, że to nie jest tak, że definitywnie rezygnuję z unihokeja. Rezygnuję po prostu z gry w Szarotce, z regularnych treningów i aspiracji do występów w reprezentacji. Chcę dalej, na ile mi czas pozwoli,  grać w turniejach towarzyskich, w lidze amatorskiej. Ale nie mam już motywacji trenować trzy razy w tygodniu, plus treningi indywidualne, by potem zagrać w lidze w całym sezonie trzy lub cztery poważne mecze. Poza Góralami i Zielonką, pozostałe drużyny w ogóle nie robią postępów. Nie interesują mnie już mecze, na które jedziesz kilka godzin, przejeżdżasz pół Polski i wygrywasz różnicą kilkunastu goli. Nie chce żeby mnie odebrano jako „bufona", ale niestety poza wspomnianą Zielonką i Góralami pozostałe drużyny są bardzo słabe. Z każdym kolejnym sezonem o mobilizację było mi coraz trudniej. Już w zeszłym rokiem nosiłem się z zamiarem skończenia gry pod egidą PZUnihokeja jednak jeszcze teoretyczne szanse na udział w Mistrzostwa Świata w Szwecji zmotywowały mnie do pozostania na kolejny sezon. Poza tym powiększa mi się też rodzina, która jest dla mnie najważniejsza. Jestem też trenerem UKS Wiatr Ludźmierz, gdzie Edward Pazdur stworzył świetny klub. Nie da się robić wszystkiego dobrze, więc naturalną rzeczą było zrezygnowanie z bycia czynnym zawodnikiem. A byłem nim 20 lat. I korzystając z okazji chciałbym podziękować Darkowi Gajewskiemu dzięki któremu ta moja fantastyczna przygoda z tym sportem się zaczęła i który pomógł mi kiedyś bardzo.


Maciej Zubek: Ewentualne Mistrzostwo Polski mogło by zmienić Twoje zamiary?

Artur Kasperek: Samo mistrzostwo pewnie nie, ale gdyby pojawiła się możliwość wyjazdu na Puchar Europy, to chętnie bym w nim jeszcze zagrał.


MZ: Nie tak dawno miałeś propozycję gry w Szwecji - w kolebce unihokeja. Nie zdecydowałeś się. Powiedz coś więcej o tym, czy była to Twoja pierwsza propozycja zagraniczna ?

AK: Propozycję gry w Szwecji dostałem od byłego już trenera reprezentacji. Miałem grać w klubie, w którym on na co dzień pracuje. Oferta była konkretna, ale nie skorzystałem. Jestem już szczęśliwym mężem i lada moment zostanę ojcem i nie wyobrażam sobie życia bez rodziny. W Nowym Targu mam pracę, która sprawia mi ogromną satysfakcję. A taki wyjazd wiązałby się z olbrzymim bałaganem w życiu. Może gdybym oprócz gry miał też zapewnioną dobrą pracę, bardziej poważniej rozważyłbym taką ofertę. Zresztą miałem możliwość wyjechania zagranicę już wcześniej. Były propozycje także ze Szwecji, ale i ze Szwajcarii. Na przeszkodzie stanęły albo studia, albo tak jak teraz, praca zawodowa. Ktoś zapyta czy żałuje. Nie, ani trochę. To jest sport amatorski i tylko kilku graczy się z niego utrzymuje. Poświęcić się jemu w stu procentach byłoby za dużym ryzykiem.


MZ: Najpiękniejsze i najtrudniejsze momenty w karierze?

AK: Najpiękniejsze? Było ich wiele. Przede wszystkim spełniło się moje marzenie i na Mistrzostwach Świata w Szwajcarii zagrałem przeciwko najlepszej drużynie na świecie czyli Szwecji. Niezapomniane uczucie podobnie jak to, gdy wybierano mnie MVP Eliminacji Mistrzostw Świata, które rozgrywane były w Polsce, a grali tam naprawdę świetni gracze. Cenię sobie też wybór do piątki „All Stars" kolejnych eliminacji, w których byłem najskuteczniejszym graczem naszej reprezentacji. Poza tym nie zapomnę każdego Mistrzostwo Polski czy udziału w Pucharze Europy. A najtrudniejsze? Dwa. Gdy nie pojechałem na ostatnie eliminacje Mistrzostw Świata, bo wiem, że byłem lepszy od kilku obrońców, którzy tam byli i byłem w takiej formie, że myślę, że pomógłbym w awansie. Drugi z tych złych momentów to ostatni finał Mistrzostw Polski grany przeciwko Zielone. Od razu mówię, że to my okazaliśmy się największymi frajerami, marnując trzy bramkową przewagę. Jednak gdyby nie sędzia Rozmiarek to Zielonka nie byłaby w stanie odrobić tych strat. Ewidentnie im pomógł seryjnie nakładając na nas durne kary. Kompletnie nie „czuł" gry. Dał mi w pierwszej tercji karę za atak ciałem na zawodnika bez piłki. Ok, być może słusznie. Tyle, że w trzeciej tercji zawodnik Zielonki tak samo atakuje naszego zawodnika, co nie spotkało się tym razem z reakcją sędziego. Krzyknąłem w jego kierunku, czy to widział. Z uśmiechem na twarzy odpowiedział, że tak. Czysta złośliwość. Takich sytuacji było wiele. A co do karnych to mój powinien kazać powtórzyć. Oglądałem wideo i faktycznie piłkę cofnąłem, ale nie miało to żadnego wpływu na ciągłość karnego. Piłka stosunkowo daleko od bramki, na backhendzie bez zagrożenia strzałem. Nawet zawodnicy z Zielonki się zdziwili, decyzją sędziego. Pamiętam, gdy byłem na szkoleniu sędziowskim, które prowadził szef sędziów Bieńkowski i puścił nagranie z chyba finału Mistrzostw Świata. Padło pytanie, jak to jest, że \\\\wejścia ciałem w takich meczach nie są karane, a gdyby był to mecz niższej rangi mecz to pewnie byłaby 5 minutowa kara. Bieńkowski stwierdził wówczas, że w takich spotkaniach na wiele więcej się pozwala ze względu na podniesienie atrakcyjności widowiska. Dziwi mnie więc to, że tak doświadczony sędzia zmienia zdanie w obronie swojego wychowanka. Bo przecież skoro to był finał Mistrzostw Polski, to powinno się iść z duchem sportu. Inna rzecz, że pomysł z jednym meczem decydującym o Mistrzostwie Polski jest idiotyczny. Zamiast grać coraz więcej to gra się w polskiej lidze coraz mniej. Pomysł ten był zaczerpnięty ze Szwecji czy Czech ale gra się po 50-60 meczy w sezonie, u nas maksymalnie 20.



Rozmawiał Maciej Zubek (podhaleregion.pl)
dodał: Patryk Kaczmarek


POLECAMY

florbalki.pl - portal z pasją odwiedzin: 7533174